Warning: Use of undefined constant REQUEST_URI - assumed 'REQUEST_URI' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /home/esgieha/domains/obserwatorsgh.pl/public_html/wp-content/themes/nisarg-child/functions.php on line 73
Praca dla Polski to coś więcej... - Obserwator SGH
Praca dla Polski to coś więcej…

Praca dla Polski to coś więcej…

Praca w najważniejszych urzędach w państwie, to może nie jest jeszcze praca sapera… ale już pomocnika sapera jak najbardziej! Kolosalne doświadczenie, olbrzymie wyzwanie, fantastyczna przygoda!

Redakcja SKN Spraw Zagranicznych SGH rozmawiała z Waldemarem Dubaniowskim, Ambasadorem RP w Tajlandii.

Redakcja SZ: Panie ambasadorze, na początku chciałbym pana zapytać: dlaczego po studiach w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji zdecydował się pan aplikować do Krajowej Szkoły Administracji Publicznej?

Waldemar Dubaniowski: Na początek dwa słowa wyjaśnienia w kwestii kierunku studiów. Otóż ówczesna nazwa instytutu była mocno myląca. Już ładnych parę lat temu została zmieniona na zdecydowanie bardziej adekwatną, czyli Instytut Stosowanych Nauk Społecznych. Mówimy oczywiście o Uniwersytecie Warszawskim, żeby nie było cienia wątpliwości. To, w moim przekonaniu, jeden z najlepszych uniwersytetów i jeden z najlepszych wydziałów. Wydział, który jest na tyle interdyscyplinarny oraz pobudzający do działań pro-publicznych i pro-społecznych, że bez wątpienia dobrze przygotowuje właśnie do pracy w sektorze publicznym. Stąd potem zupełnie naturalna decyzja o zdawaniu egzaminu do KSAP-u. Udało się, choć nie było to łatwe, szczególnie że był to początkowy etap tworzenia Szkoły i KSAP był niezwykle oblegany! Uważam, że szczególnie w owym czasie, na początku transformacji, było świetnym pomysłem stworzenie szkoły, która na wzór francuskiej ENA miała kształcić silną ekipę profesjonalnych menadżerów administracji, którzy wiedzą, jak nowocześnie zarządzać administracją, i którzy potrafią skutecznie i efektywnie zastąpić tzw. towarzyszy zasiedziałych od lat w postpeerelowskich urzędach. 

Zresztą jeszcze przed KSAP-em starałem się brać udział w działaniach  publicznych czy może lepiej powiedzieć: prostudenckich. Zostałem wybrany na senatora uniwersyteckiego ze swojego wydziału oraz aktywnie uczestniczyłem w działaniach samorządu studenckiego. Samorząd na UW to była praktyczna szkoła demokracji, obejmująca negocjacje, strategię działania czy nawet poważny dyskurs polityczny. Bez wątpienia w tym czasie przez samorząd przewinęło się mnóstwo znakomitych osobowości, począwszy chociażby od jednego z najlepszych polskich dziennikarzy, Piotra Zaremby, świetnego prawnika i zarazem niestrudzonego propagatora „wolności ekonomicznej” Roberta Gwiazdowskiego czy też obecnego szefa BBN-u Pawła Solocha. Samorząd Uniwersytetu Warszawskiego to była jedna z ciekawszych i niezwykle interesujących instytucji!

A jak pan wspomina czas w Krajowej Szkole Administracji Publicznej? Komu poleciłby pan tę szkołę?

KSAP to szkoła o multidyscyplinarnym przygotowaniu do pracy w administracji publicznej. Przypomnę, że nie mówimy o szkole, która jest innego rodzaju uniwersytetem, szkołą wyższą czy studium podyplomowym. To specyficzna instytucja, jedyna w swoim rodzaju, gdzie już w momencie rozpoczęcia edukacji podejmuje się poważne zobowiązania, które mają charakter typowo pracowniczy. Prosty przykład, tak jak na wielu innych studiach czy uczelniach można sobie po prostu nie przyjść na wykłady i to jakoś później nadrobić, to w KSAP-ie jest to niemożliwe. Usprawiedliwia tylko i wyłącznie L4, tak jak w pracy… i takich przykładów można podać więcej.  

A zatem jest się już poniekąd pracownikiem administracji publicznej?

Poniekąd tak, już prawie w 99%! Dodatkowo po studiach każdy ma obowiązek przepracowania pięciu lat w administracji. Takie było założenie, ponieważ szkoła naprawdę dobrze przygotowywała do ról menadżerskich i chodziło o to, aby zapewnić, że te umiejętności zostaną wykorzystane w pierwszej kolejności w służbie publicznej, a nie w biznesie. Byli tam znakomici wykładowcy, którzy łączyli doskonałą wiedzę praktyczną z wiedzą teoretyczną. Także dla tych wszystkich, którzy chcieliby zmieniać otaczającą rzeczywistość z punktu widzenia tak zwanej służby publicznej, bez wątpienia KSAP to jest jedna z najlepszych ścieżek. Szczególnie na początku to była szkoła dla zapaleńców. Dla tych entuzjastów, którzy chcieli zmieniać Polskę, wierzyli w sprofesjonalizowanie polskiej administracji i którzy nowoczesne i skuteczne zarządzanie polskimi instytucjami publicznymi traktowali jako niezbędny element transformacji ustrojowej. Traktowaliśmy to jako wyzwanie ale też jako swoisty pozytywistyczny obowiązek patriotyczny.

Po KSAP-ie rozpoczął pan pracę w administracji publicznej. Jak w latach 90., okresie tak dynamicznych przemian politycznych i instytucjonalnych, pracowało się w sektorze publicznym?

W sektorze publicznym zawsze pracuje się niełatwo. Ma on wiele dodatkowych uwarunkowań formalnych, ale w tamtym czasie to było szczególnie trudne, ponieważ to w dużej mierze na sektorze publicznym ciążył cały proces transformacji. W zależności od tego, na jaki urząd spojrzymy, to w każdym z tych urzędów wymagana była zmiana filozofii działania, zmiana otaczających przepisów. Nagle z „gospodarki planowanej” przeskoczyliśmy  do gospodarki rynkowej i to nam się całkiem nieźle udało. Stąd to naprawdę ciekawy okres. Interesujące również były doświadczenia osób, które w administracji poprzednio pracowały. I tu oczywiście było bardzo różne. Począwszy od takich osób, po których widać było, że nie odnajdują się w nowej rzeczywistości, poprzez takie, które pomimo tego, że miały już wcześniej długotrwałe doświadczenia w tej, nazwijmy to, administracji przedtransformacyjnej, to jednak potrafiły z siebie wykrzesać tyle i motywacji, i umiejętności, że starały się jak najlepiej funkcjonować również w nowych realiach.

W 1996 roku rozpoczyna pan pracę w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego w roli szefa gabinetu. Co jest największym wyzwaniem, kiedy pracuje się w tak ważnej instytucji na tak wysokim szczeblu?

Nie ma instytucji, którą traktuje się jako ważniejszą lub mniej ważną w kwestiach publicznych. Każda instytucja ma swoje realne znaczenie. Oczywiście jest tak, że praca w Kancelarii Prezydenta RP to z jednej strony dodatkowy prestiż, ale z drugiej dodatkowe wyzwanie. Ja tam przyszedłem na początku nie jako szef gabinetu, ale jako dyrektor, tak zwany apolityczny merytokrata, czyli menadżer od profesjonalnego zarządzania procesami w administracji, który ma doprowadzić do tego, aby wszystko sprawnie działało. Praca w tego rodzaju urzędzie, podobnie jak w ambasadzie, to jest 24/7. I nigdy nie wiadomo, kiedy się tę pracę zakończy, nigdy nie wiadomo, czy coś akurat danego dnia nie wyniknie… A dodatkowo ciąży duża odpowiedzialność. W ogóle praca w najważniejszych urzędach w państwie to może nie jest jeszcze praca sapera… ale pomocnika sapera jak najbardziej! Tam nie ma miejsca na błędy, dlatego że każdy popełniony błąd nie jest tylko problemem indywidualnym, ale może mieć niezwykle poważne konsekwencje dla prestiżu i wizerunku państwa. To tak jak w sporcie, czasem błąd jednego z zawodników ma olbrzymie znaczenie dla całej drużyny i ostatecznego wyniku. Na szczęście mam tę satysfakcję, że potencjalnych błędów udało się tamtej „drużynie” w dużej mierze uniknąć… To było kolosalne doświadczenie, olbrzymie wyzwanie i po prostu fantastyczna przygoda!

Jakie różnice dostrzega pan pomiędzy sektorem prywatnym a sektorem publicznym? Co przemawia na korzyść sektora prywatnego, a co na korzyść sektora publicznego, kiedy podejmuje się pracę w tych dwóch różnych światach?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co przemawia na czyją korzyść, dlatego że nie ma jednego garnituru dla wszystkich. Tak samo jest z pracą w sektorze prywatnym czy w sektorze publicznym. Są osoby, którym praca prywatna znakomicie odpowiada i nic innego w życiu nie chciałyby robić, tylko pracować w biznesie. Nie wyobrażają sobie siebie w sektorze publicznym. I odwrotnie – są osoby, które tylko i wyłącznie, niezależnie od kwestii chociażby finansowych, mogą pracować jedynie w sektorze publicznym, bo to je po prostu kręci, to jest inny rodzaj satysfakcji i adrenaliny. I to należy zrozumieć.

Jeśli chodzi o samą różnicę pomiędzy sektorami, to podstawową jest cel funkcjonowania instytucji. W sektorze publicznym najważniejsza jest maksymalizacja efektywnego działania dla uzyskania konkretnego celu. W zależności od tego, o jakiej instytucji sektora publicznego mówimy, ten cel wygląda zawsze inaczej. Natomiast w sektorze prywatnym – obojętne, czy jest to firma produkująca lekarstwa, czy firma konsultingowa – zawsze na koniec dnia właściciel, udziałowcy czy giełda rozliczają menadżerów z osiągniętego zysku. I oczywiście nie każdemu to odpowiada. Dlatego jak się mówi o maksymalizacji zysków w firmie prywatnej, to oznacza, że często innego rodzaju wartości schodzą nieco na dalszy plan. Stąd trend, żeby firmy, poza działalnością stricte zarobkową, robiły też coś, co byłoby aktywnością wygładzającą ich wizerunek. I oczywiście bardzo dobrze, bo to zawsze jest dodatkowa korzyść. Niemniej jednak w większości firm, to trzeba sobie powiedzieć otwarcie, działania CSR-owe są po prostu częścią strategii budowania wizerunku firmy. A wizerunek i marka firmy są jednymi z tych niematerialnych wartości, od których również zależy jej wycena i wartość.

W sektorze publicznym ma się natomiast poczucie, że jest się uczestnikiem poważnego procesu, który jest istotny z punktu widzenia zmiany otaczającej rzeczywistości.  Procesu, który w perspektywie  przyczyni się do tego, że Polska będzie nowocześniejsza, zasobniejsza i sprawnie zarządzana. To niebagatelna motywacja.

A kwestie wynagrodzenia schodzą tu na dalszy plan?

Oczywiście zarobki w sektorze komercyjnym i sektorze publicznym są nieporównywalne. Ci, którzy idą do sektora publicznego, mają tę świadomość, ale decydują się na to, ponieważ praca dla Polski to jest coś więcej niż tylko kasa. A przynajmniej ja chcę wierzyć, że tak jest; tak bez wątpienia było, kiedy na początku wybieraliśmy KSAP… Wiem, że brzmi to trochę jak banał, ale proszę mi wierzyć, banałem nie jest. Mam w tej materii niezłe doświadczenia z obu stron. I choć w sektorze prywatnym zarabiałem znacznie więcej niż w sektorze publicznym, to moje serce jest zdecydowanie bliżej sektora publicznego. Poczucie, że można zrobić coś dobrego dla państwa, to jest dodatkowa wartość, którą trudno wymierzyć w pieniądzu. To innego rodzaju solidny kop motywacyjny.

A kiedy to państwo mianowało pana w 2008 roku na stanowisko ambasadora Rzeczypospolitej w Singapurze, to co było dla pana największym wyzwaniem? Po raz pierwszy rozpoczął pan pracę w służbie zagranicznej i to od razu na tak wysokim i eksponowanym stanowisku, a dodatkowo w miejscu o wyjątkowej dynamice i specyficznych interesach.

Przesadnie się tego nie obawiałem. Moje doświadczenia zarówno z sektora publicznego, jak i te związane z funkcjonowaniem w sektorze biznesowym, spowodowały, że wiedziałem, że mogę zrobić coś użytecznego z punktu widzenia relacji Polska–Singapur. W czasie mojego pobytu jeden z największych funduszy inwestycyjnych na świecie, który do tamtej pory w Polsce nie inwestował, zdecydował się zainwestować w trzy duże, notowane na giełdzie, polskie spółki. I to był realny, wyliczalny sukces. Obopólna radość; kawał dobrej roboty. Udało się do tego doprowadzić dzięki współpracy ambasady, ministerstw i banków, a ja mam satysfakcję, że początkowe rozmowy zostały zainicjowane przy moim udziale. Mam wrażenie, że okres pracy w Singapurze był intensywny i dobrze wykorzystany.

Sam Singapur jest krajem specyficznym. Poprzez umiejętne zarządzanie sektorem publicznym, edukacją, nauką i biznesem udało się doprowadzić do tego, że z biednej rybackiej wioski w ciągu dwudziestu, trzydziestu lat stał się jednym z najbogatszych państw świata per capita. I to państwem nowoczesnym, które mimo swojej mizernej wielkości i braku bogactw naturalnych ma niezwykły prestiż międzynarodowy. Singapurskie urzędy znakomicie potrafią rozumieć potrzeby związane z rozwojem gospodarczym i to jest w dużej mierze źródłem sukcesu. To jest właśnie kwestia związana z systemem, który opiera się na merytorycznym zarządzaniu, żeby nie powiedzieć merytokratycznym. Dodatkowo Singapurczycy niezwykle szybko zrozumieli, że instytucje związane z edukacją są niezwykle ważne! Dzisiaj na każdym poziomie edukacyjnym zajmują najwyższe pozycje – czy to w testach PISA, czy to jeśli chodzi o rankingi uniwersyteckie. Zarówno NUS (National University of Singapore), jak i NTU (Nanyang Technological University) są jednymi z najwyżej plasujących się uniwersytetów w rankingach. I to ma praktyczne konsekwencje dla gospodarki.

Czy w przyszłości polska administracja może funkcjonować na wzór singapurskiej? A może taki system mógł powstać tylko w krótkim czasie w bardzo małym państwie?

Oczywiście nie ma mowy, żeby przenieść taki model „ jeden do jednego”. To jest inna kultura i inne uwarunkowania. Istnieje też problem skali – co innego zrobić coś w państwie-mieście na dość niewielkiej przestrzeni, która jest porównywalna do Warszawy, a co innego w dużym państwie. Nie oznacza to natomiast, że niektórych pomysłów nie należy próbować naśladować. Uważam na przykład, że pomysł obowiązkowych praktyk pracowników administracji publicznej w biznesie jest bardzo dobry. Jeżeli się czegoś osobiście dotknie w innym obszarze (tj. biznesowym), to potem administracja też funkcjonuje sprawniej.

A jaka jest tu rola edukacji wyższej?

Głęboko wierzę, że edukacja może być motorem do podniesienia polskiej gospodarki na wyższy poziom, abyśmy oferowali coraz więcej produktów o większej wartości dodanej, czyli aby płacono za naszą kreatywność, pomysłowość i nowoczesne rozwiązania techniczne, a nie tylko za sprawne wykonawstwo.  W tej chwili przeprowadzana jest reforma uczelni wyższych. Budzi ona różne kontrowersje, ale uważam, że to jest pierwsza próba zbudowania uczelni w sposób dużo bardziej przystosowany do obecnej sytuacji rynkowej. Oczywiście wielu osobom nie będzie się to podobało, ale w wielu miejscach wyższe uczelnie wyglądają dziś tak, że poza wątkiem czysto dydaktycznym czy związanym z badaniami podstawowymi, nie ma zainteresowania tym co wiązałoby się ze skuteczną komercjalizacją badań. Mam nadzieję, że jeśli reforma się powiedzie, to ta sytuacja się zmieni i będzie dużo więcej motywacji oraz chęci do efektywnej współpracy uczelni z biznesem. Wierzę, że taka jest intencja ministra Gowina, którego pomysł i inicjatywę szczerze doceniam, jako że podjął trudną próbę kontrowersyjnej i niełatwej reformy. Proszę mi wierzyć, polemika z częścią środowiska akademickiego to naprawdę poważne wyzwanie. Jeżeli ta reforma się uda, to będzie to dla Polski duży krok do przodu! Dlaczego o tym mówię? Warto spojrzeć na rankingi, o których wspomniałem poprzednio. Rzeczywistość jest taka, że najlepsze polskie szkoły wyższe to jest trzecia, czwarta setka. Natomiast, jak już wspomniałem, ten wzmiankowany mały, ciasny, skromny Singapur ma co najmniej dwie uczelnie na najwyższym poziomie. Gdyby okazało się, że uczelnie i naukowcy zaczną trochę inaczej funkcjonować, to w sposób prawie automatyczny gwarantuje to zmiany zmierzające w kierunku prawdziwie nowoczesnego państwa. Nasza gospodarka coraz bardziej będzie oparta na produktach o wysokiej wartości dodanej, a nie związana z możliwością efektywnej produkcji opartej na niskich kosztach pracy.

W 2017 roku został pan nominowany na stanowisko ambasadora Polski w Tajlandii z jednoczesną akredytacją w Mjanmie, Laosie i Kambodży. Czy na samym początku urzędowania postawił pan przed sobą konkretne cele?

Kiedy sytuacja jest lub może być zmienna i dynamiczna, a tak bywa w tym regionie, rzadko stawia się drobiazgowe i szczegółowe cele. Ja zawsze stawiam cel jeden, zasadniczy – aby wszelkie możliwości współpracy między krajami były na tyle otwarte i przejrzyste, aby można było swobodnie poruszać się w interesujących obszarach, znajdować partnerów w biznesie, nauce czy edukacji i żeby na koniec znajdowało to swój wyraz również w danych statystycznych. Trzeba pamiętać, że Azja to nie tylko duży rynek zbytu, ale też miejsce, gdzie poszukuje się inwestorów. Są duże fundusze, które mogą zaoferować spore pieniądze i które inwestują w interesujące projekty  na całym świecie. W związku z tym uważam, że w dzisiejszym świecie dyplomacji, szczególnie tej pozaeuropejskiej, niezwykle ważne jest wsparcie i zachęcenie do intensywnej aktywności gospodarczej.  Czyli wciąż aktualne są słowa Billa Clintona z jego kampanii wyborczej: It’s the economy, stupid… Oczywiście, żeby skutecznie prowadzić działania gospodarcze, to na początku potrzebna jest udana promocja. Umówmy się, że w Polsce Tajlandia kojarzy się z jednej strony z pięknymi krajobrazami, a z drugiej strony Bangkokiem jako miastem, które nigdy nie śpi. To oczywiście prawda, ale na przykład mało kto wie, że Tajlandia to jeden z tych krajów, w których jest co najmniej kilkanaście firm o olbrzymiej kapitalizacji, które są notowane na giełdzie w Nowym Jorku i oferują niezwykle wysokie know-how. Takie tajlandzkie firmy jak CP, Indorama, Thai Union czy Central Group należą do elity światowej. Z drugiej strony, gdy mówię Tajom, że jeśli chodzi o gospodarkę, to Polska to nie tylko jabłka, pyszne jedzenie i znana marka polskiej wódki, ale też znakomite nowoczesne startupy czy firmy IT (jak np. obecny w Tajlandii,  Comarch), to nagle Tajowie zupełnie inaczej zaczynają spoglądać na Polskę! Przełamywanie stereotypów wymaga pracy i często niekonwencjonalnego podejścia, ale jednocześnie, jeśli się uda, to daje satysfakcję.

A jak na tym polu działają inni?

Wydaje mi się, że większość ambasadorów w XXI wieku stawia kwestie relacji gospodarczych na pierwszym miejscu. Tak działają Niemcy, Francuzi czy Anglicy. Uwaga na marginesie – wyraźnie widać, że zapowiedź Brexitu spowodowała, że Brytyjczycy stali się niezwykle aktywni w Azji, zarówno od strony promocyjnej, jak i gospodarczej. Dobrze wiedzą, że Azja to jest olbrzymi i bardzo perspektywiczny rynek. Brytyjczycy chcą już dzisiaj zapewnić sobie znakomitą pozycję w blokach startowych w Azji, stąd naprawdę dużo inwestują w rozwój swoich placówek i kontaktów w Azji. Kiedyś powiedziano, że XXI wiek będzie wiekiem Azji, i tak naprawdę jest! W tym kontekście warto przypomnieć, że Azja to nie tylko Chiny czy Indie, ale też między innymi ASEAN, niezwykle interesujący z naszego punktu widzenia, zamieszkały przez ponad 600 milionów mieszkańców. Kraje ASEAN-u, począwszy od Singapuru, w którym miałem przyjemność spędzić kilka lat, a skończywszy na Tajlandii, to jest obszar, który daje kolosalne możliwości; obszar, którym większość krajów Zachodu jest coraz bardziej zainteresowana – i my jako Polacy też bierzemy w tym udział. Trochę kontraktów przez polskie firmy zostało tu podpisanych. Mam nadzieję, że uda się podpisać kolejne.

A jakie szanse dla polskich firm dostrzega pan w perspektywie zakładanych umów handlowych między Tajlandią a Unią Europejską w przypadku demokratyzacji kraju? Firmy z jakiego sektora mogą na tym skorzystać najbardziej?

To, co jest zupełnie oczywiste, to jest sektor rolno-spożywczy i zapewne sektor chemiczny. To, co jest prawdopodobne, to sektor infrastrukturalny i nowoczesny sektor IT. W przemyśle innowacyjnym wszystko może się zdarzyć. Ale też medycyna czy przemysł maszynowy, szczególnie jeśli mowa o maszynach rolniczych.  Powiedziałbym: sky is the limit! Tylko najpierw trzeba tu przyjechać z pomysłem, bo biznesu się nie zrobi, szczególnie w Azji, ani internetowo, ani poprzez przeczytanie ogłoszenia. Musi być bezpośredni kontakt face to face i bezpośrednio zaplanowana akcja promocyjna. I wtedy to ma sens! Tak robi wiele uznanych firm i świetnie sobie radzą. A przypomnę, że Tajlandia to jest blisko siedemdziesięciomilionowy kraj, czyli rozmawiamy o naprawdę dużym rynku. Dlatego właśnie mówię, że tu właściwie nie ma ograniczeń, jeżeli chodzi o sektor. Nawet firmy z naszego sektora paliwowego potrafią robić na razie skromne i małe, ale udane kontrakty z firmami z regionu.

Czy wybory w Tajlandii, które odbędą się w przyszłym roku, przyniosą krajowi poprawę sytuacji gospodarczej, otworzenie się na świat i ogólną odwilż? Czy raczej mogą zdestabilizować sytuację i przyczynić się do kolejnego zamachu stanu?

Po pierwsze, z punktu widzenia unijnego to o odwilży można mówić już od grudnia 2017 roku i od konkluzji Rady Europejskiej, że w zasadzie wracamy do funkcjonowania z Tajlandią na zasadach  „odmrożeniowych”. Nie możemy mówić, że odwilż dopiero nastąpi, skoro premier Tajlandii nie podlega ostracyzmowi,  już spotkał się m.in. z prezydentami Stanów Zjednoczonych i Francji oraz z kanclerz Niemiec, czy premier Wielkiej Brytanii. Trzeba pamiętać, że Tajlandia jest bardzo specyficznym krajem, w którym było już kilkanaście udanych zamachów stanu. I każdorazowo po jakimś czasie wracano do rządów demokratycznych. Tym razem sytuacja jest o tyle inna, że ten okres, w którym kraj zarządzany jest przez rząd wojskowych, wynosi ponad cztery lata. Ale mówiąc szczerze, Tajlandia zawsze potrafiła sobie znakomicie radzić – zarówno z funkcjonowaniem w czasie przewrotu, jak i po przewrocie. Czy wybory coś zmienią? Pewnie tak, bo zawsze demokratyczne wybory przynoszą nadzieję na zmiany. Może natomiast dojść do paradoksalnej sytuacji. Jeżeliby się utrzymała tendencja, to w opinii ekspertów, może się okazać, że po wyborach generał Prayut pozostałby premierem, wybranym przez większość parlamentarną. Obecnie jest on uważany za jednego z najpopularniejszych polityków. Natomiast na pewno będą to dość barwne wybory. Kampania wyborcza będzie zapewne bardzo krótka, ale intensywna. Myślę, że wskaźniki gospodarcze Tajlandii, tak jak dzisiaj są wysokie, tak takimi pozostaną. Oczywiście tego, czy w przyszłości nie dojdzie do kolejnego zamachu stanu, nikt nie jest w stanie przewidzieć. Tajlandia do zamachów stanu już się w pewien sposób przyzwyczaiła i potrafi je w sposób wewnętrzny konsumować niejako bezkolizyjnie dla turystów oraz biznesu. Najczęściej jest też tak, że są to zamachy bezkrwawe. Przypomnę, że obojętnie kto rządzi, to jednak zawsze patrzy się na ten kraj z punktu widzenia atrakcyjności turystycznej. I najczęściej turyści i osoby przybywające do Tajlandii nie odczuwają przesadnych skutków związanych z zamachem stanu. Także zapraszam do Tajlandii nie tylko poznawczo i turystycznie, ale również biznesowo. Naprawdę warto. 

Karol Czaja

Logo SKN Spraw Zagranicznych
SKN Spraw Zagranicznych
SKN Spraw Zagranicznych SGH to organizacja zrzeszająca studentów wszystkich warszawskich uczelni interesujących się szeroko rozumianymi stosunkami międzynarodowymi, geopolityką i dyplomacją. Od momentu swojego założenia w 2000 roku SKN SZ rozwinęło się w dynamiczną organizacje której projekty należą do najbardziej prestiżowych na uczelni np. Akcja Dyplomacja- cykl studyjnych spotkań w ambasadach prawie 80 krajów lub POLMUN – największa i najbardziej znana akademicka symulacja Narodów Zjednoczonych w Polsce. Oprócz tego SKN organizuje liczne prelekcje, wykłady i konferencje mające na celu przybliżenie studentom niuansów dyplomacji i geopolityki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o