Brexit bez umowy byłby kataklizmem, ale jesteśmy na to gotowi

Brexit bez umowy byłby kataklizmem, ale jesteśmy na to gotowi

Wywiad z profesor Danutą Huebner

Profesor Danuta Huebner, pierwsza polska komisarz unijna, wieloletnia posłanka do Parlamentu Europejskiego i pracowniczka naukowa Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w rozmowie z Redakcją SKN Spraw Zagranicznych opowiada o brexicie  z perspektywy Parlamentu Europejskiego oraz nakreśla przyczyny i prawdopodobne skutki opuszczenia Wspólnoty przez Wielką Brytanię.

Redakcja: Pani profesor, od wielu lat aktywnie działa pani w strukturach Unii Europejskiej. Obecnie bierze pani udział, jako członkini Brexit Steering Group, w działaniach dotyczących procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jaki jest zakres kompetencji tej grupy i jaka jest jej rola w kształtowaniu polityki Parlamentu Europejskiego? Czy możemy powiedzieć, że rzeczywiście nadaje ona ton późniejszym działaniom Parlamentu?

Prof. Danuta Huebner: Popierwsze, trzeba mieć świadomość tego, że artykuł 50. traktatu stwierdza absolutnie jasno, kto odpowiada za negocjacje. I Parlament Europejski nie negocjuje. Rola Parlamentu właściwie wynika z tego, że mimo że nie jesteśmy przy stole negocjacyjnym, to jednak na końcu mamy rolę dość fundamentalną, ponieważ musimy wyrazić zgodę poprzez głosowanie na sesji plenarnej zwykłą większością na wynegocjowany układ o wyjściu. Brexit był zawsze sprawą, która budziła emocje i wiązała się z zajmowaniem bardzo różnych stanowisk przez polityków w sprawie struktury umowy o wyjściu. Dlatego więc rola Parlamentu jest politycznie i instytucjonalnie bardzo istotna i stąd powstał pomysł, żeby prowadzić w Parlamencie, równolegle do negocjacji, taką pracę zaznajamiającą wszystkich europosłów z tym, co się dzieje, oraz dania Parlamentowi możliwości włączania się w formułowanie stanowisk negocjacyjnych oraz instrukcji i wskazań dla negocjacji, które przyjmowała Rada Europejska. A grupa sterująca, żeby mogła być rzeczywiście reprezentacją Parlamentu, składała się z kilku grup politycznych, które wyraziły zainteresowanie tym, żeby wywierać wpływ na przebieg negocjacji brexitowych. W związku z tym od  początku mieliśmy największe grupy: EPP, Socjaliści, Demokraci, Liberałowie, Zieloni i potem doszła także Zjednoczona Lewica Europejska. Oprócz tych przewodniczących reprezentujących grupy polityczne w Brexit Steering Group znajduje się także przewodnicząca do spraw konstytucyjnych, czyli ja. Komisja Spraw Konstytucyjnych jest odpowiedzialna za przeprowadzenie całej procedury zgody (ang. consent procedure) przez Parlament Europejski. Zależało mi, by Komisja Spraw Konstytucyjnych stała się otwartą platformą do dyskusji. Od początku w ramach niej prowadziliśmy debaty na temat brexitu, a Brexit Steering Group współpracowała na bieżąco z głównym negocjatorem unijnym Michelem Barnierem i jego zespołem. Przed każdą rundą negocjacji mieliśmy czas na danie naszego stanowiska oraz wysłuchanie Michela Barniera. Briefingi odbywały się także po negocjacjach. I to pozwalało Parlamentowi od początku kontrolować to, co było przedmiotem negocjacji, a co dotyczyło w szczególności obywateli. Czyli trzech milionów obywateli 27 państw członkowskich, którzy wybrali Wielką Brytanię jako miejsce do życia, pracy czy studiów, i też ponad miliona Brytyjczyków, którzy mieszkają w 27 państwach członkowskich.

Dlaczego prawa obywateli były dla Parlamentu tak ważne?

Bo od początku uznaliśmy, że obywatele w żaden sposób nie powinni płacić za tę decyzję. Chociaż na początku była ona oparta na referendum, to później obywatele zostali zupełnie wyłączeni z procesu negocjacji. W Unii Europejskiej mieliśmy stałe wysłuchania, rozmowy i negocjacje z obywatelami, a po stronie brytyjskiej ta rola obywateli, a w szczególności tych 48%, którzy głosowali przeciwko wychodzeniu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty, była sprowadzona do minimum. Od początku bardzo dziwiło, w jaki sposób demokracja o takich tradycjach jak brytyjska mogła uruchomić proces wyjścia w sposób nieszanujący podstaw demokracji. Nawet sięgnięcie po formułę referendum jako najbardziej zaawansowanego instrumentu oddającego decyzję w ręce ludzi zostało właściwie wykorzystane w sposób zupełnie nielicujący z demokracją, a mianowicie bez głębokiej, autentycznej kampanii informacyjnej. Właściwie Brytyjczycy dostali pytanie, czy chcesz wyjść, czy chcesz zostać. Bez jakiejkolwiek informacji, dokąd wychodzisz… Cała kampania referendalna oparta była na kłamstwach, na fake newsach, na fałszywych obietnicach. Już następnego dnia po referendum było słychać, jak twardzi brexitowcy dowcipkowali i mówili o tych 300 milionach, które co tydzień będą wracać do Wielkiej Brytanii. Więc to rzeczywiście było dla nas wielkim zaskoczeniem, w jaki sposób ta najbardziej poważana i podziwiana demokracja funkcjonuje.

Natomiast to, co było nieoczekiwane i pozytywne, to fakt, że wielu Europejczyków odkryło, że istnieją rzeczywiste przywileje związane z obywatelstwem Unii Europejskiej. To taka wartość uboczna całego procesu.

W jaki sposób Parlament zabierał głos w negocjacjach?

Na przykład poprzez rezolucje czy pisanie listów, w szczególności do sekretarza stanu odpowiedzialnego za politykę wewnętrzną w związku z obywatelami w Wielkiej Brytanii… Byliśmy również bardzo aktywni politycznie od początku 2016 roku, kiedy wszystko ruszyło. Miałam ponad 400 spotkań różnego typu w sprawach brexitu jako członkini rady ds. brexitu, ale także jako przewodnicząca Komisji Spraw Konstytucyjnych, bo było ogromne zainteresowanie nie tylko zwykłych ludzi, ale też prywatnych przedsiębiorstw, organizacji pozarządowych…

… i sektora finansowego również?

Oczywiście! Jestem również członkinią Komisji ds. Gospodarczych i Monetarnych, gdzie przygotowałam duży raport dotyczący the City of London. Usługi finansowe świadczone przez Londyn dla Europy są nadal bardzo istotne i myślę, że takie pozostaną. Generalnie wszystkie sektory gospodarki w Wielkiej Brytanii miały od początku świadomość, że będą dotknięte brexitem, czyli faktem, że Wielka Brytania stanie się krajem trzecim wobec Wspólnoty Europejskiej. Były też zatroskane wciąż prawdopodobnym brexitem bez umowy i to chyba na ten temat było najwięcej wszystkich spotkań i dyskusji.

Czy można zatem powiedzieć, że Brexit Steering Group to taki łącznik pomiędzy negocjatorami a Parlamentem?

Tak, zdecydowanie. Trzeba pamiętać, że dynamika polityczna może być bardzo zmienna, dlatego my poprzez Brexit Steering Group wciągnęliśmy wiele kolegów i koleżanek z Parlamentu Europejskiego w poczucie odpowiedzialności za cały proces. Dzięki temu Parlament stał się bardziej stabilny w swoich odczuciach i udało się zbudować większość konstruktywną dla ostatecznego rezultatu.

Możemy więc stwierdzić, że w obecnym Parlamencie poparcie dla wynegocjowanej dla Unii Europejskiej umowy było, tak?

Było. Mimo bardzo nieprzyjemnych, szczególnie ostatnio, dyskusji, w której twardzi brexitowcy z Nigelem Farage’em na czele grozili, że zobaczymy, jak nas będą blokować, jak będą nieznośni, jeżeli zostaną w Unii Europejskiej… To były nieprawdopodobne wypowiedzi, które warto poczytać…

Brytyjczycy okazali się więc trudnym, by nie powiedzieć, nieprzyjemnym partnerem negocjacyjnym… 

Brytyjczycy cały czas usiłowali wmówić stronie europejskiej, szczególnie Parlamentowi, że tu jest jakaś wielka wola ukarania Brytyjczyków i że mamy jakieś wymagania, które nie wiadomo skąd płyną. A nasze wymagania płynęły z traktatów i potrzeby utrzymania Unii w miarę nietkniętym stanie. Myśmy się nie godzili na rozmontowywanie rynku wewnętrznego czy unii celnej. Od początku właściwie po stronie brytyjskiej były takiesiły, w szczególności te negatywne, probrexitowskie, które próbowały obciążyć stronę unijną winą za wszystko, co dotyczyło naszej pozycji negocjacyjnej, którą oceniali jako twardą. Kwestionowali nawet przyjętą sekwencję, żeby najpierw wynegocjować warunki wyjścia, a potem, zgodnie z traktatem, jak już Wielka Brytania będzie krajem trzecim, przystąpić do negocjacji przyszłości. Myślę, że to była taka gra próbująca obwinić stronę europejską za te wszystkie niedoskonałości w procedowaniu po stronie brytyjskiej, gdzie nie było ani przejrzystości ani stałego dialogu z tymi, którzy będą najbardziej odczuwać brexit… Czyli ani z obywatelami, ani dość długo z biznesem.

Jak wobec tego prezentowała się postawa Unii Europejskiej odnośnie do negocjacji? Jakie było nastawienie państw oraz frakcji w PE do brexitu?

Po naszej stronie wydarzył się właściwie, powiedziałabym, cud. Mieliśmy bezprecedensową jedność w sprawach brexitu na wszystkich możliwych poziomach… Wszystkie 27 państw członkowskich mówiło jednym głosem. Przewiduję znacznie mniejszą jedność w przyszłości, kiedy interesy będą silniejsze… Po pierwsze, była jedność między instytucjami europejskimi. Nie było także rozbieżności w poglądach pomiędzy poszczególnymi członkami Brexit Steering Group co do stanowisk prezentowanych Radzie Europejskiej i głównemu negocjatorowi Michelowi Barnierowi. W ramach tych pięciu grup politycznych, które należą do Brexit Steering Group, nie mieliśmy żadnych trudnych momentów czy dużych różnic poglądowych. Później w trakcie głosowania nad rezolucjami widać było, że właściwie znakomita większość parlamentarna myśli tak samo. Może pod sam koniec funkcjonowania tego obecnego parlamentu było trochę rozbieżności na temat tego, czy powinniśmy dalej przedłużać okres negocjacji i dawać Brytyjczykom więcej czasu czy nie.

Czyli pojawiło się już zniecierpliwienie?

Tak, po ostatnim wystąpieniu przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska były bardzo różne reakcje płynące z poszczególnych grup politycznych. Choć nie wiem, na ile one były rzeczywiście stanowiskami grup, a na ile stanowiskami przewodniczących. Na przykład Manfred Weber miał duże wątpliwości co do tego, czy możemy dopuścić, by Wielka Brytania uczestniczyła w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Argumentował, że będzie to miało negatywny wpływ na przebieg wyborów w naszej części Europy…

A jakie jest pani zdanie?

Myślę, że jest tu oczywiście pewien absurd, ponieważ Wielka Brytania podtrzymuje wolę wyjścia z Unii. W związku z tym trudno jest zrozumieć, dlaczego miałyby się odbywać wybory do Parlamentu Europejskiego, kiedy nie ma tam nawet zgody na drugie referendum. Od strony logiki wydaje się to  pozbawione sensu, ale prawnie nie ma innego wyjścia… Problem jest taki, że jeżeli oni w dniu wyborów są  państwem członkowskim, to niezorganizowanie wyborów u nich w kraju byłoby złamaniem prawa europejskiego. Te wybory po prostu muszą się odbyć. Plus oczywiście my czujemy  wszyscy jako Europa, że naszym obowiązkiem jest zachować pewną otwartość, pewne poczucie odpowiedzialności za ludzi przede wszystkim, bo to są ciągle obywatele Unii Europejskiej, więc innej możliwości politycznej nie było.

Wydawało się, że proces wyjścia Wielkiej Brytanii w pewnym momencie znalazł się w impasie. Czy może pani spróbować określić, jak będzie on wyglądał w przyszłości? 

Wydaje mi się, że tak naprawdę kluczem do wszystkiego jest umowa o przyszłych relacjach między Wielką Brytanią a UE. Widać, że kwestia Irlandii, podnoszona w dyskusjach bardzo długo, stanowiła tylko pretekst. W tej chwili również wszystkie negocjacje, które się toczą między laburzystami a torysami dotyczą unii celnej. Chodzi o to, czy to będzie zupełne odejście od rynku wewnętrznego i od unii celnej, tak jak pani May ogłosiła na samym początku, czy też jednak pójdą w tę stronę. Tym niemniej, to oni muszą się najpierw dogadać i wtedy prawdopodobnie przegłosują pozytywnie umowę o wyjściu i będzie można od razu rozpocząć okres przejściowy, który jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Wszystko spoczywa teraz na stronie brytyjskiej i dopóki oni się nie określą, to w gruncie rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości tego procesu.

Porozmawiajmy w takim razie o czarnym scenariuszu. Czy jeżeli do tego porozumienia nie dojdzie, to jak Unia Europejska jest na to przygotowana? Czy jest gotowy jakiś realny zestaw rozwiązań, które wejdą w życie natychmiast w momencie tzw. twardego brexitu?

Pomimo tego, że jako Unia od początku mówiliśmy, że naszym celem jest uporządkowane wyjście Wielkiej Brytanii na podstawie umowy o wyjściu wraz z okresem przejściowym, to od grudnia 2016 roku uruchomiliśmy przygotowania do tzw. no-deal scenario. Nikt tego nie chce, ale ponieważ nigdy nie można wykluczyć tej sytuacji, musieliśmy podjąć odpowiednie działania. Trzeba powiedzieć jasno, że bezumowne wyjście byłoby kataklizmem, ale po dwóch latach jesteśmy na to gotowi… To przygotowanie obejmuje właściwie wszystkie poziomy. Ono dotyczy działań KE, która przejrzała, zrobiła taki screening całości istniejącego prawa, żeby zidentyfikować te obszary, w których potrzebne będą dodatkowe rozwiązania prawne na wypadek brexitu bezumownego. Z jednej strony prawo europejskie jest na tyle elastyczne i ma odpowiednie rozwiązania dotyczące krajów trzecich, że w bardzo wielu sprawach nie było to potrzebne, ale też były takie obszary, w których trzeba było podjąć decyzje na poziomie legislacji. Na przykład żeby umieścić Wielką Brytanię na liście państw, od których nie wymagamy wiz na krótkie pobyty do trzech miesięcy, trzeba było zmienić prawo. I w bardzo wielu obszarach była potrzeba drobnych zmian. Więc na poziomie prawnym KE to zidentyfikowała i przygotowała odpowiednie działania, a Parlament najszybszą możliwą ścieżką akceptował zmiany. Pełne zrozumienie dla szybkiego działania było także w Radzie Europejskiej. Przy okazji odkryliśmy, że w wielu obszarach Unia ciągle nie ma kompetencji, więc były takie obszary, w których KE koordynowała działanie  na poziomie narodowym. Odbyło się wiele seminariów wyjaśniających państwom członkowskim, o co chodzi. Także współpraca między instytucjami europejskimi, w szczególności KE w tym obszarze, a państwami członkowskimi przebiegała bardzo sprawnie. Ale trzeba przyznać, że większość państw członkowskich od początku miała takie nastawienie żeby być bardzo hojnym, jeśli chodzi o prawa dla Brytyjczyków dotyczące studiów, pobytu, przyjazdów…

A w sprawie dalszego prowadzenia swobodnej działalności finansowej? Czy może było tak, że różne stolice europejskie chciały coś zyskać na potencjalnej przeprowadzce wielkich firm z the City of London do kontynentalnej Europy?

Sektor finansowy to też są kompetencje narodowe. Rzeczywiście, na przykład w Luksemburgu obserwowaliśmy działania i wypowiedzi ministra spraw zagranicznych czy ministra finansów, które starały się uczynić ten rynek atrakcyjnym dla przedsiębiorstw, które się relokalizowały z Wielkiej Brytaniii i tworzyły swoje filie w państwach członkowskich. Mieliśmy obawy, że będzie taki arbitraż właściwie, który byłby bardzo niedobry dla naszego rynku wewnętrznego. Stąd był bardzo silny nacisk na Komisję Europejską, by jednak starać się uniknąć tego działania. Ale w praktyce jest to nie do uniknięcia. Na jaw wyszły takie stanowiska państw członkowskich, które nie są dobre w długim okresie dla Unii, tj. próby tworzenia hubów dla sektora bankowego czy medycznego. Na przykład Europejska Agencja Leków, która była w Londynie, została przeniesiona do Amsterdamu. A to wszystko odbyło się w bardzo dziwnej procedurze, której myśmy w PE nie akceptowali. Przy okazji wychodziły więc różne negatywne emocje i wola wygrania tego procesu dla siebie… Ale myślę, że generalnie udało się to wszystko załatwić w taki godny i dobry dla Unii sposób.

Co państwa członkowskie musiały jeszcze przygotować?

Jest tak naprawdę cała masa przygotowań, już niewiążących się z prawem, ale po prostu organizacyjnych. Za kontrolę granic, przygotowanie dokumentów celnych… za to wszystko odpowiadają służby celne narodowe i w związku z tym na poziomie narodowym był ogromny zakres dostosowań i trzeba było stworzyć wiele miejsc pracy. Rządy podejmowały też inne działania. Na przykład Holendrzy dawali vouchery małym i średnim przedsiębiorcom na 2,5 tys. euro. Większość z tych prawie 30 milionów małych i średnich przedsiębiorstw w Europie nigdy nie funkcjonowała poza rynkiem wewnętrznym, poza unią celną. Duże firmy od dwóch, trzech lat się do tego szykowały. Jeszcze przed referendum duże zespoły prawników analizowały potencjalne zmiany prawne. Ale mali nie zawsze mieli możliwość samemu dokonać koniecznych analiz. Dlatego Holendrzy, którzy mogli sobie na to pozwolić, dawali 2,5 tys. euro, by te małe firmy miały możliwość wynajęcia eksperta, który by im pomógł. Niestety, w Polsce to już nie było prawdopodobnie finansowo możliwe. Więc państwa członkowskie w różnym stopniu pomagały swoim podmiotom gospodarczym przygotować się do tego bezumownego wyjścia.

Jakie konsekwencje brexitu są najpoważniejsze z polskiej perspektywy?

Przede wszystkim te, które mogą dotknąć obywateli. Na Wyspach Brytyjskich mieszka ponad 900 tysięcy Polaków i dlatego dla nas kwestia negocjacji dotyczących obywateli była absolutnie fundamentalna. Na początku oferta brytyjska dotycząca tej kwestii była taka, że to będzie częścią prawa imigracyjnego, a nasze stanowisko było takie, że dla obywateli UE zachowujemy wszystko, co jest teraz przywilejem UE. Takie warunki wydawały się nie do pokonania, ale spotkaliśmy się bardzo blisko naszego stanowiska. W zaproponowanej umowie o wyjściu wynegocjowaliśmy bardzo dużo takich rozwiązań, które zminimalizują negatywne konsekwencje dla tych ludzi, którzy dokonali takiego wyboru życiowego żeby tam pozostać na stałe. Nawet na wypadek gdyby było bezumowne wyjście, to prawa obywateli są w dużym stopniu zabezpieczone. Chociaż Theresa May dała na razie tylko obietnice ustne, także wciąż jest jakaś niepewność.

A co by wymieniła pani profesor jako inne istotne zagrożenia?

Poza obywatelami myślę, że wszystko co dotyczy transportu, bo ponad 20% usług transportowych między kontynentem a Wyspami Brytyjskimi wykonują polscy przewoźnicy. Także dla Polski ten transport towarów i osób jest bardzo ważny. Trzeba tu pamiętać o tych wszystkich sprawach, które dotyczą dokumentów, uprawnień, przedłużenia ważności licencji czy zezwoleń. Przy okazji odkrywa się, jak wiele spraw na poziomie europejskim jest faktycznie załatwionych, rozwiązanych… o czym już zapomnieliśmy.

Oprócz tego pojawia się również problem wzajemnej wymiany handlowej. Brytyjczycy byli naszym drugim po Niemczech partnerem. W tej chwili wyprzedzili ich Czesi. Tym niemniej to wciąż niezwykle ważny rynek dla wielu gałęzi takich jak produkcja mebli, stolarka czy przemysł spożywczy. Rozwiązania dotyczące handlu mogą być dla Polski wielkim zagrożeniem. Niestety, nie ma też świadomości wśród niektórych małych i średnich firm polskich, które myślą, że są niezależne od rynku brytyjskiego. Ale w szczególności w przemyśle samochodowym – bardzo dużo rzeczy dla firm niemieckich jest robionych w Polsce przez małe i średnie firmy. I to one będą miały problemy, jeżeli załamie się eksport aut z Niemiec do Zjednoczonego Królestwa. Może to też doprowadzić do bankructwa małe firmy dostawcze. Niewątpliwie jest to obszar wielkiego ryzyka.

Czy zatem w tych drobiazgach, często niedostrzeganych w debacie publicznej, tkwią największe zagrożenia dla obu stron negocjacji?

Tak. I to one pokazują, jak głęboki jest cały system współzależności w Unii Europejskiej i jak bardzo  ułatwia on nasze życie. Teraz, gdy próbuje się to rozdzielić, okazuje się, jak trudne to jest i jak dalekosiężne będzie mieć konsekwencje. Wierzę jednak, że uda nam się przezwyciężyć wszystkie trudności.

Rozmawiali: Agata Grochowska, Karol Czaja

Autorzy wywiadu dziękują za pomoc przy redakcji tekstu Kamilowi Kowalskiemu.

Logo SKN Spraw Zagranicznych
SKN Spraw Zagranicznych
SKN Spraw Zagranicznych SGH to organizacja zrzeszająca studentów wszystkich warszawskich uczelni interesujących się szeroko rozumianymi stosunkami międzynarodowymi, geopolityką i dyplomacją. Od momentu swojego założenia w 2000 roku SKN SZ rozwinęło się w dynamiczną organizacje której projekty należą do najbardziej prestiżowych na uczelni np. Akcja Dyplomacja- cykl studyjnych spotkań w ambasadach prawie 80 krajów lub POLMUN – największa i najbardziej znana akademicka symulacja Narodów Zjednoczonych w Polsce. Oprócz tego SKN organizuje liczne prelekcje, wykłady i konferencje mające na celu przybliżenie studentom niuansów dyplomacji i geopolityki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o